Okiem chrześcijanina - cotygodniowy felieton odwykowy z dnia 05.10.20010                                 

Witam

Gdy ktoś pyta chrześcijanina jaka cecha Boga najbardziej mu się podoba, odpowiedź zwykle brzmi: "to, że mnie kocha".

Egoiści...

Mniej egoistyczna odpowiedź mówi, że najfajniejszą cechą Boga jest miłość. Tak ogólnie. Miłość.

Mimo, że jest to prawidłowa i zapewne jedynie słuszna odpowiedź, ja się jednak wyłamię. Miłość Boga to dla mnie nie była wcale ta cecha, która najbardziej do mnie przemawiała. Być może dlatego, że nie jestem kobietą. Ani gejem.

A może dlatego, że wychowałem się w błogosławionym, choć twardym, przeświadczeniu, że muszę sobie w życiu radzić samodzielnie, a należy mi się tylko to, na co sam sobie zasłużę. W świecie opartym na sprawiedliwości (czyli: masz tylko to na co sobie zasłużysz) miłość nie jest wcale znowu aż tak ważna. Jest miłym i pięknym dodatkiem. Ale nie jest podstawą.

Mniejsza z tym dlaczego tak było, ale faktem jest, że miłość była dla mnie ewidentnie przereklamowana. Dla mnie o wiele ciekawszymi zajęciem niż szukaniem w życiu miłości było na przykład... szukanie przygód.

Gdybym miał wybierać między życiem pełnym miłości, w którym nic się nie dzieje, a życiem bez miłości, ale za to pełnym ciekawych wydarzeń, spotkań, przygód, zabaw to kiedyś bez wahania wybrałbym to drugie. Dziś... zawahałbym się. Na jakąś sekundę. A następnie wybrałbym to drugie.

Może to tylko ja tak mam. A może to chłopcy już tak mają. Że mogą znieść brak czułości, przytulania i mówienia "kocham cię" po cztery razy dziennie, ale nie mogą znieść przeraźliwej życiowej nudy. To znaczy znieść mogą - człowiek nie sznurek, wszystko wytrzyma. Zniosą, ale będą bardzo nieszczęśliwi.

Jako, że każdy człowiek jest trochę inny, takie sprawy pozostają kwestią gustu.

To, co najbardziej fascynowało mnie od początku aż do dzisiaj w życiu z Bogiem, to fakt, że pod panowaniem Boga życie zmienia się w istną książkę przygodową. Życie z natury jest tym smakowitsze, im więcej w nim się dzieje, ale z drugiej strony im więcej się w nim dzieje, tym mniej jest bezpiecznie. A potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z najważniejszych potrzeb jakie mamy. I to pojawia się problem: bo z jednej strony człowiek chce żyć pełnią życia, robić szalone rzeczy, zmieniać pracę, poznawać kraje, ludzi i wszystkiego spróbować - z drugiej strony mało kto ma na tyle odwagi, żeby zrezygnować z bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa życia, bezpieczeństwa zdrowia, bezpiecznych relacji, bezpieczeństwa finansowego.

No i co tu zrobić, kiedy chciałbym więcej życia w życiu, ale się boję o tyle rzeczy?

Wprowadzenie do życia Boga jako reżysera i scenarzysty, zmienia tutaj dużo.

Przede wszystkim, doświadczenie moje i dziesiątek podobnych ludzi, których znam, pokazuje, że po oddaniu się pod pantofel Boga, rzeczy same zaczynają się dziać. Nie wiadomo dlaczego. Ilości zbiegów okoliczności osiągają po jakimś czasie taki poziom, przy którym trzeba by być uprzedzonym, ślepym i głupim, żeby nie zauważyć, że Bóg jest i działa, w jak najbardziej nie-teoretyczny sposób.

Powtarzałem to kilka razy i powtórzę jeszcze raz: doświadczenie ostatnich 16 lat mojego życia przekonuje mnie w 100%, że Bóg, któremu oddaje się życie pod kierownictwo, faktycznie to kierownictwo przejmuje. Nie jest tylko obserwatorem, ale kimś kto ingeruje. Ale, podkreślam, tylko wtedy, kiedy to kierownictwo faktycznie mu się oddaje.

Inaczej mówiąc: Bóg złapie kierownicę, kiedy ty ją wpierw puścisz.

Dlaczego? Nie wiem. Po prostu taki już jest.

Na ile więc człowiek autentycznie wierzy w to, że samochód z puszczoną kierownicą nie rozwali się o drzewo, tylko Bóg faktycznie zacznie nim kierować, na tyle Bóg będzie jechał tam, gdzie sobie zechce. A ty z nim.

Tak więc Bóg w życiu to zwiększona ilość przygód, zbiegów okoliczności, ciekawych zdarzeń, nowych ludzi. Wszystko, co jest zaprzeczeniem nudy.

Po drugie, i może jeszcze ważniejsze: Bóg jest rozwiązaniem problemu poczucia bezpieczeństwa. Jezus, w szczególności. Bo przecież on właśnie powiedział:

"Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie. Życie bowiem jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie. Spójrzcie na kruki, że nie sieją, ani żną, nie mają spichlerza ani składnicy, a jednak Bóg żywi je; o ileż więcej wy jesteście warci niż ptaki!" [Luk 12:22-24]

Wierzysz w to? Czy nie za bardzo?

"Niech życie wasze będzie wolne od chciwości; poprzestawajcie na tym, co posiadacie; sam bowiem powiedział: Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę. Tak więc z ufnością możemy mówić: Pan jest pomocnikiem moim, nie będę się lękał; Cóż może mi uczynić człowiek?"
[Heb 13:5-6]

Czy ktoś, kto wierzy, że te słowa są prawdziwe, nie będzie odważniej postępować niż ten, który nie ma takiej polisy ubezpieczeniowej jak Bóg?

Dawid, który był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, zwyczajnym pasterzem, jaki cały swój kapitał miał wiarę właśnie w te słowa: że niewidzialny Bóg, któremu on zaufa, nie zawiedzie go w widzialnej rzeczywistości. I jak na tym przekonaniu wyszeł? Całkiem nieźle - awansował, bogacił się, stał się sławny, w końcu został królem.

"Choćbym też chodził w dolinie cienia śmierci, nie będę się bał złego, albowiemeś ty ze mną; laska twoja, i kij twój mnie pocieszają"[Ps 23:4] - tak pisał król Dawid. Człowiek, który naprawdę w to wierzył i według tej wiary postępował.

Więc tak, wprowadzenie Boga w życie zdecydowanie daje kopa. Tak powiada Biblia. I ja też tak twierdzę.

Kiedyś jeździłem często na obozy językowe. Organizowała je organizacja o nazwie International Messengers. Od ludzi, którzy tam uczyli angielskiego, usłyszałem po raz pierwszy o Bogu, który istnieje poza kościołem. Który ingeruje w życie i zmienia ich w sposób nieosiągalny w żaden inny sposób. Najbardziej niezwykłe było to, że ci ludzie nie przyjechali głosić żadnej doktryny, religii, "wiary" czy zbioru zasad - oni opowiadali o Bogu jako osobie, z którą się zetknęli osobiście. Pierwszy raz się zetknąłem się wtedy z koncepcją, że Bóg może być nie tylko ideologią, ale też i osobą.

Ale nie nowość koncepcji była tu najważniejsza.

Najważniejsze było to, że ten Bóg, o którym mówili, był w nich niemal wyczuwalny. Przede wszystkim uderzyła mnie ta spokojna pewność człowieka, który wie o czym mówi. I nie jest to ten rodzaj fanatycznej pewności człowieka po porządnym praniu mózgu, który zatracił po drodze umiejętność samodzielnego myślenia. Nie, to byli właśnie ludzie najzupełniej trzeźwi w myśleniu, którzy nie usiłowali lawiną wyczonych na pamięć słów przekonywać (siebie samych głównie) do tego co mówią, ale ludzie, którzy coś przeżyli, i widzieli, i poznali.

Z wieloma z nich miałem potem częsty kontakt przez całe lata, i nie było tu żadnej ściemy. Wszystko było autentyczne.

Dla mnie wtedy to było niesamowite zjawisko, że człowiek może w ten sposób mówić o Bogu.

Inny gość opowiadał mi przez godzinę całą historię tego jak Bóg poprzez skomplikowany ciąg wydarzeń i zbiegów okoliczności wykręcił go od wojska. Zdziwiłem się, bo ja zakładałem dotąd, że Bóg takich rzeczy nie robi. Hm, właściwie dlaczego nie? A bo ja wiem? Bo nie od tego jest. Jest od tego, żeby być w kościele, udzielać przez księży rozgrzeszeń i dobrze wyglądać na obrazach. A Bóg jeden wie po co jest - ale ostatnie co by mi przyszło do głowy to to, że może ingerować w życie takiego zwykłego, przeciętnego człowieka...

Tak więc te obozy językowe, ich atmosfera, nieprzeciętni ludzie, których tam setki poznałem, kojarzą mi dziś z Bogiem. I myślę, że dobrze - bo życie z Bogiem właściwie bardzo przypomina życie na obozie, czy kolonii. Przypomnij sobie to uczucie podekscytowania, to spodziewanie się, że każdego dnia coś fajnego się zdarzy, to poczucie, że żyjesz tu i teraz, i nie ma chwilowo przeszłości i przyszłość jest też chwilowo nieważna.

Podobnie się czuje człowiek, który żyje blisko z Bogiem. Jak ktoś, kto jest na dwutygodniowym obozie.

Wielu ludzi jeździło na te obozy, żeby uciec na 10 dni od własnego życia. To była taka oaza, gdzie Bóg promieniuje na nauczycieli-chrześcijan, a oni promieniują na resztę. Ta ogromna, wesoła sympatia do ludzi, którą mają ludzie żyjący od lat blisko z Bogiem, udzielała się wszystkim i tworzyła unikalną atmosferę.

A potem człowiek miał wracać do domu...

Mówiłem wiele razy ludziom na tych obozach, żeby nie traktowali tego co tam jest jak wyspę, na którą się ucieka, żeby odpocząć. Tylko, żeby brali ten obóz ze sobą do własnego życia. Żeby to było źródło, z którego się czerpie i przekazuje dalej, a nie schron, gdzie się ucieka.

Takie samo powinno być życie z Bogiem. Jak obóz, kolonia, która trwa całe życie. Jak książka, w której każdego dnia coś nowego może się zdarzyć. Powinno takie być - bo może takie być.

Na ile znajdziesz w sobie odwagi, żeby takie było? Poszukaj. Może się znajdzie.

W piątek przeprowadziłem się do nowego mieszkania, nie wiedząc jak tam będzie. I jestem - a obok mnie pełno nierozpakowanych worków. W jednym z nich jest mikrofon i mikser, w drugim kamera, którą nagrywam Odwyk.

Dwie godziny temu ktoś zadzwonił i zaprosił mnie na taki mały, fajny festiwal piosenkowy w Warszawie. No to pójdę - a co.

Za godzinę jadę zobaczyć miejsce, gdzie organizujemy obóz. Nie językowy - to taki zlot słuchaczy radia Kontestacja.

I to jest życie, w którym jest życie! Ciągle coś nowego się dzieje, zawsze coś może się zdarzyć. Ciągle coś się zmienia. Ciągle są nowe przygody. Życie jak obóz.

Każdy człowiek jest inny i każdy będzie miał inne życie i inną opowieść. Ale ważne jest to, że twoje życie może pójść wieloma drogami. I nie zależy to tylko od okoliczności, na które nie mamy wpływu - zależy to i od ciebie. Bo na prostej drodze nie masz wyboru gdzie jechać, ale co jakiś czas są przecież skrzyżowania.

Dla najodważniejszych, najbardziej odpowiedzialnych jest zawsze opcja oddania kierownicy w ręce niewidzialnego Boga.

Wariactwo. Pewnie, że wariactwo. Ale działa.

Dla was, na koniec, ten fragment z Biblii, z obietnicą:

"Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie."
[Flp 4:6-7]

Martin Lechowicz

 

Do następnego poniedziałku.

A jeżeli znasz kogoś, kto chciałby dostawać "Okiem chrześcijanina", wyślij mu tego maila lub zaproś na okiem.odwyk.com.

A jeśli masz ochotę posłuchać o czymś lub porozmawiać na żywo, wpadnij na "Noce na Odwyku" - w każdą środę o 23:00. Szczegóły na www.odwyk.com.