Zacznę może od tego, że wychowałam się w katolickiej rodzinie
.
 Moi rodzice nie chodzili do kościoła, natomiast mnie i mojego brata posyłali na msze co niedziele.Kiedy w wieku 16 lat przyjechałam do Stanów, przestałam chodzić do kościoła. Nigdy nie czułam się tam dobrze, wychodziłam z mszy przygnębiona. Kiedy poznałam mojego męża, on wielokrotnie namawiał mnie do uczęszczania na msze, co wywoływało u mnie niewytłumaczalny sprzeciw. Tłumaczyłam Mu, że ja tego po prostu "nie czuje" i nie będę nic robiła wbrew sobie tylko dlatego, ze tak wypada. Nie chciałam oszukiwać sama siebie. Autorytet mojej religii wzbudzał zbyt wiele wątpliwości. Jednocześnie gdzieś w głębi serca czułam, ze kiedyś w życiu znajdę kościół, gdzie wielbi się Boga z radością, gdzie obecność Boża jest wyraźnie odczuwalna, gdzie będę mogła przeżyć prawdziwa duchowa bliskość z Panem.

Po dłuższym okresie starań, w końcu udało mi się zajść w ciąże. Oboje z mężem byliśmy bardzo szczęśliwi, że nareszcie będziemy mieli tak długo wyczekiwane maleństwo. Niestety w szóstym miesiącu dostałam krwotoku i wylądowałam w szpitalu. Maz z racji wykonywanego zawodu był akurat w Teksasie kiedy ja przerażona rodziłam nasza córeczkę. Nie było przy mnie nikogo bliskiego. Nasza dziewczynka żyła tylko 25 minut, nie miała szans. Kiedy trzymałam w ramionach jej martwe ciałko krzyczałam z rozpaczy i przepraszałam ja, że to moja wina, że jestem zła matka, bo nie potrafiłam donosić ciąży. Wtedy w szpitalu, czekając na powrót męża, wielokrotnie pomyślałam, ze chce umrzeć, ze życie się dla mnie skończyło wraz z odejściem córeczki. Postawiono mi diagnozę niewydolności szyjki macicy i wypisano do domu.

To co się działo później pamiętam jak przez mgle, wybór cmentarza, ustalanie szczegółów pogrzebu, wciąż nie dowierzałam że to mnie dotyczy, głaskałam się po płaskim znowu brzuchu i czekałam na kopniaki, chociaż wiedziałam że ich już nie będzie. Przez około roku żyłam jak lunatyk. Nagle rodzina, przyjaciele, cały świat stal się dla mnie obcy. Życie dookoła toczyło się swoim normalnym rytmem, a ja pogrążałam się w bólu i rozpaczy. Cmentarz stał się dla mnie drugim domem. Sama się nakręcałam w rozpamiętywaniu , mogłam godzinami czytać historie matek które straciły dzieci i płakać nad nimi i nad sobą. Ciągle obwiniałam się o jej śmierć, nienawidziłam sama siebie. Jednocześnie wszyscy pocieszali mnie, ze dusza naszej córeczki jest ciągle z nami. Również inne mamy mówiły mi ze czuja obecność duszyczek swoich zmarłych dzieci. To jeszcze bardziej mnie dołowało, bo ja tego nie czułam, wiec wmawiałam sobie ze jestem wyrodna matka a moje dziecko mi tego nigdy nie przebaczy.

Trudno mi to teraz wytłumaczyć, ponieważ jednocześnie czułam się winna, ale również czułam się pokrzywdzona, ukarana, zapomniana przez Boga. Nie potrafiłam zrozumieć, za co mnie tak ukarał, wiedziałam ze na świecie nie ma sprawiedliwości, ale przecież dlaczego ja? Przecież byłam dobrym człowiekiem. Znajomi postrzegali mnie jako osobę skromna, cicha, zawsze skora do pomocy. Nie robiłam żadnych złych rzeczy, nie kradłam, nie piłam, nie chodziłam na imprezy. Nagle ta niesprawiedliwość na świecie zaczęła mi bardzo ciążyć. Chciałam zrozumieć dlaczego tyle kobiet dokonuje aborcji, nie kocha swoich dzieci, oddaje je do adopcji, a kobiety które bardzo pragną miedz dzieci nieraz ich mieć nie mogą. Wiec dlaczego ja zawsze musiałam mieć pod górkę? To pytanie nie dawało mi spokoju. Trwałam w tej agonii miesiącami i wiem doskonale, ze chociaż mąż bardzo się starał, były momenty ze na pewno miał mnie dosyć.

Pewnego dnia koleżanką, która jest nawróconą chrześcijanką, powiedziała mi abym przeczytała Pismo Święte, że to na pewno pomoże mi wiele zrozumieć. Wiem, ze chciała mi pomoc, głosiła mi ewangelie jeszcze zanim byłam w ciąży, ale zawsze uważałam ja za dziwadło. Przed nawróceniem była zaangażowana w new age, wróżbiarstwo, parapsychologie, wiec uznałam ze to jej kolejny wymysł i patrzyłam na jej „pomysły"z przymrożeniem oka. Mimo to sięgnęłam po Pismo Święte i zaczęłam czytać Stary Testament. Naprawdę pragnęłam zrozumieć, czym kieruje się Bóg, jaki on naprawdę jest, dlaczego na świecie jest tyle niesprawiedliwości, zła, przemocy, bólu i cierpienia. Jednak wbrew jej zapewnieniom, zrozumienie nie przyszło. To jeszcze nie był ten czas. Biblia powędrowała z powrotem na półkę a ja dalej pogrążałam się w żałobie. Po jakimś czasie ból stawał się mniejszy, łatwiejszy do zniesienia. Powoli wracałam do normalnego życia, zaczęłam wychodzić do ludzi. Przez ten okres zaczęłam trochę interesować się chrześcijaństwem, zapoznałam się z rożnymi materiałami i filmami dokumentalnymi. Nawet szukałam polskiego kościoła chrześcijańskiego do którego bym chciała pójść, natrafiłam na internecie na stronę kościoła adwentystów dnia siódmego, ale chyba nie miałam odwagi tam pójść. Wiedziałam, ze wciąż poszukuje „tego czegoś" i czekałam na znak. Z perspektywy czasu wiem, ze nic nie działo się bez przyczyny oraz ze nic nie jest przypadkiem. Pewnego dnia spotkaliśmy z mężem znajomego, którego widywaliśmy sporadycznie. Zaczął nam głosić ewangelie. Nawet nie wiedzieliśmy że się nawrócił, jeszcze pól roku wcześniej był „normalnym" kolega, który zachowywał się jak wszyscy. Pamiętam, ze jego słowa wywarły na mnie ogromny wpływ, tak jakby Jezus postawił go na naszej drodze w najodpowiedniejszym momencie. Czułam, ze to jest to brakujące ogniwo. Chłonęłam jego słowa jak gąbka. Po powrocie do domu nieomal z mężem nie zaczęliśmy wyrywać sobie Pisma Świętego z rak, tak bardzo chcieliśmy zacząć czytać, już, teraz, natychmiast. Tak to się zaczęło... .

Czytając tym razem, bardzo szybko zdałam sobie sprawę ze moje dotychczasowe życie prowadzi mnie prosto do pieklą. Zawstydziłam się tego, ze kwestionowałam sprawiedliwość Bosza. Pamiętam szczególnie dwa fragmenty, które do mnie przemówiły: Objawienie Sw Jana 21:4 „I otrze wszelka lżę z oczu ich, i śmierci już nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie, albowiem pierwsze rzeczy przeminęły". Oraz z Księgi Joba 1;21 „Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi stad odejdę. Pan dal, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione".Uklęknęłam i po raz pierwszy w życiu zaczęłam się prawdziwie modlić, przepraszając Boga za wszystkie grzechy i prosząc o laskę, wybaczenie oraz o zrozumienie i pomoc. Kiedy czytałam, czułam jakby ktoś mną potrząsnął i wybudził z długiego, bardzo długiego snu. Nie mogłam się nasycić Słowem Bożym, pragnęłam więcej i więcej.

Zrozumiałam, ze aby być zbawionym, trzeba urodzić się na nowo a uczynki do zbawienia nie wystarcza. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, ze Pismo Święte może być tak fascynujące. Pamiętam, ze kiedy czytałam psalm 73, czułam ze Bóg do mnie przemawia, ze pociesza mnie. Dosłownie czułam, ze zawarte tam słowa są skierowane do mnie! Pozwolę sobie przytoczyć fragment: „Co do mnie- omal nie potknęły się nogi moje, omal nie pośliznęły się kroki moje, bo zazdrościłem zuchwałym, widząc pomyślność bezbożnych. Albowiem nie maja żadnych utrapień, zdrowe i krzepkie jest ich ciało . Znoju śmiertelników nie doznają i nie spadają na nich ciosy, jak na innych ludzi". Od tego momentu postanowiłam zaufać Jezusowi, dać się Mu prowadzić. Zrozumiałam, że jestem tylko marnym prochem, a to że żyje zawdzięczam tylko i wyłącznie Bogu. Momentalnie zniknęła pycha, egoizm, przeświadczenie, ze wszystko mi się należy. To tak jakby moje serce przemieniło się w ułamku sekundy. Z przerażeniem spojrzałam na swoje życie i stwierdziłam, że nigdy tak naprawdę nie było w nim Boga. Miałam gorycz zal i pretensje, ze Bóg najpierw mi dal, a następnie bezczelnie zabrał dziecko. Bardzo się zawstydziłam ze tak myślałam. Poczułam się malutka, obnażona. Bóg tak bardzo mnie kocha a ja grzeszyłam nawet swoimi myślami. Nie chciałam tak dalej żyć, zapragnęłam z całego serca podobać się Bogu. Po raz pierwszy tak naprawdę zrozumiałam męczeńską śmierć Jezusa, ze Jego rany krew SA odkupieniem moich grzechów. Niby wiedziałam to zawsze, ale dopiero teraz dotknął mnie pełny sens i znaczenie Jego śmierci. Zdałam sobie sprawę z Jego ogromnej miłości, ze chociaż sam był bez grzechu, na krzyżu zmarł za grzechy wszystkich ludzi. Zrozumiałam, ze Jezus mnie kocha i do mnie wola, puka do mojego serca. Wiem, ze to Pan stawiał na mojej drodze ludzi, którzy głosili mi ewangelie i cierpliwie czekał, aż moje zarozumiale i zbuntowane serce przyjmie Jezusa po to, aby mnie uratować, aby mnie zbawić.

Pierwsze nabożeństwo w kościele Zbawiciela było kolejnym, ogromnym duchowym przeżyciem. Czułam ze Bóg dotyka mojego serca. Byłam jednocześnie bardzo wzruszona i bardzo szczęśliwa, bo wiedziałam, ze odnalazłam to czego szukałam. Jestem dopiero na początku mojej drogi z Jezusem. Pragnę z całego serca dziękować Bogu, że otworzył mi oczy, że dal mi ogromna laskę, że mogę Go wielbić, chwalić, wywyższać. Proszę Boga o to, aby dawał mi się poznawać do końca moich dni. Pragnę wzrastać w Tobie Jezu!

Amen!

Ewa Smorczewski

Kontakt: esmorczewski@yahoo.com